Lamar Smith nie tylko pogrzebał ustawę Stop piractwu w Internecie (SOPA). Zakopał go głęboko w ziemi. W dniu 20 stycznia 2012 r. członek Izby Reprezentantów Teksasu wycofał HR 3261 z rozpatrywania w Izbie. To prawodawstwo wywołało błyskawiczne zainteresowanie. Główni giganci branży, tacy jak Amerykańskie Stowarzyszenie Filmowe (MPAA) i Amerykańskie Stowarzyszenie Przemysłu Nagrań (RIAA), krzyczeli o konieczności jego przyjęcia. Krytycy krzyczeli jeszcze głośniej. Smith argumentował, że problem zagranicznego piractwa nadal istnieje i należy się nim zająć. Po prostu przyznał, że obecne podejście jest zbyt prymitywne. W rezultacie rachunek został zamrożony. Ale on nie zniknął. Rozpoczęta przez nią debata na temat sposobu, w jaki rządy mogą kontrolować Internet, pozostaje aktualna także dzisiaj.
Wytnijmy hałas. Kradzież jest zła. Jeśli ukradniesz jabłko ze sklepu, zniknie ono z półki. Nie będziesz już mógł sprzedać tego jabłka. Kradzież cyfrowa działa inaczej. Kopiowanie pliku filmowego nie niszczy oryginału. Studio nadal jest właścicielem mistrza. Studio nadal prowadzi sprzedaż biletów. Jednak poczucie straty jest realne. Branża twierdzi, że co roku miliardy dolarów odchodzą w zapomnienie. Dokładność tych liczb to osobna kwestia.
Luka prawna
Internet nie ma granic. Serwer w Rosji może hostować pliki dostępne w Ohio. Programista w Indiach może zarządzać stroną internetową z laptopa w Londynie. Prawo amerykańskie kończy się na linii wodnej. Ma trudności z przemierzaniem oceanów w celu ścigania zagranicznych aktorów. Ta luka jurysdykcyjna jest głównym powodem przyjęcia SOPA. Projekt ustawy nie miał na celu aresztowania pirata w Bombaju. Miała ona odciąć rurociąg zasilający amerykańskich użytkowników.
Przedstawiciel Smith przedstawił ustawę w październiku 2011 r. Deklarowanym celem było promowanie kreatywności i innowacyjności poprzez powstrzymywanie kradzieży amerykańskiej własności. Mechanizm ten był jednak pośredni. Jego celem była infrastruktura łącząca amerykańskich użytkowników z zagranicznymi witrynami naruszającymi prawa.
Jak SOPA zmieni Twoje doświadczenie przeglądania stron internetowych
Duża część ustawodawstwa skupiała się na odcięciu dostępu. Nie tylko blokowało treść. Jego celem były usługi umożliwiające tworzenie stron internetowych dla mieszkańców USA. Jeżeli Prokurator Generalny wyda nakaz sądu, krajowe spółki będą musiały się do niego zastosować w ciągu pięciu dni.
Dostawcy usług internetowych (ISP) byliby zmuszeni blokować nazwy domen. To nie jest tylko prosty filtr. Dostawcy musieliby dopilnować, aby ich systemy nazw domen (DNS) nie przekształcały nazwy witryny naruszającej zasady na jej adres IP. Spróbuj wprowadzić adres URL. Otrzymasz błąd. Lub przekierowanie. Połączenie zostanie zakończone przed dotarciem do serwera.
Wyszukiwarki staną przed podobną presją. Google i Bing byłyby zobowiązane do usunięcia wszystkich bezpośrednich linków do witryn docelowych. Będą musieli dokonać przeglądu swoich indeksów w ciągu pięciu dni od otrzymania nakazu. Celem było uczynienie witryn niewidocznymi dla przeciętnego użytkownika.
Kolejnym celem będą przepływy finansowe. Podmioty przetwarzające płatności, takie jak PayPal, będą musiały zaprzestać przyjmowania środków w tych witrynach od użytkowników z USA. Sieci reklamowe miałyby zakaz umieszczania reklam na stronach. Brak reklam oznacza brak dochodów. Brak dochodów oznacza, że piracka witryna nie może zapłacić za hosting. Teoria była prosta: zagłodzić bestię.
Skala celu
Celem SOPA nie było wyłącznie witryn z filmami. Jej celem była każda witryna, która była postrzegana jako „skierowana na Stany Zjednoczone”. Oznaczało to witryny, których treść była wyraźnie kierowana do odbiorców amerykańskich. Definicja „przestępcy cudzoziemskiego” była szeroka. Wśród nich znalazły się strony zajmujące się dystrybucją podrabianych towarów. Obejmowały zakłady farmaceutyczne. Obejmowały witryny, które na żądanie przesyłają strumieniowo materiały chronione prawem autorskim.
Kryteria były konkretne. Witryna miałaby służyć przede wszystkim do dystrybucji pirackich lub podrobionych towarów. Zysk nie musiał być jedyną motywacją. Wystarczył sam fakt dystrybucji.
Krytycy argumentowali, że to przesada. Wskazali, że Biuro Spisu Ludności Stanów Zjednoczonych (oryginał: Government Accountability Office) ma trudności z oszacowaniem rzeczywistych strat wynikających z piractwa. Jeśli szkody są trudne do zmierzenia, czy leczenie jest uzasadnione? Ustawa nie wymagała udowodnienia rzeczywistej szkody dla każdego działania. Oparł się na postanowieniu Prokuratora Generalnego.
Koszt ludzki egzekwowania prawa
Wyobraź sobie, że posiadasz legalną witrynę internetową. Organizacja zagraniczna kopiuje Twoje treści. W ramach SOPA możesz złożyć petycję do rządu. Jeżeli Prokurator Generalny wyrazi zgodę, witryna może zostać zablokowana. Sieci finansowe zostaną odcięte. Ale co, jeśli to ty jesteś oskarżonym? A co jeśli zamówienie jest błędne?
Projekt ustawy nałożył ciężar na krajowe przedsiębiorstwa. Dostawcy usług internetowych, wyszukiwarki, dostawcy płatności. Musieli działać szybko. Pięć dni. To niewiele czasu na weryfikację złożonego roszczenia prawnego. Narażali się na odpowiedzialność w przypadku niewykonania polecenia. Ryzykowali rozgniewaniem użytkowników, jeśli omyłkowo zablokowali legalne witryny.
Społeczność technologiczna wpadła w panikę. Postrzegali to jako zagrożenie dla otwartej architektury sieci. Nazwy domen mają charakter globalny. Blokowanie ich w jednym kraju powoduje tarcia wszędzie. To ustanawia precedens. Jeśli Stany Zjednoczone mogą zablokować witrynę internetową ze względu na piractwo, co jeszcze mogą zablokować? Niezgoda polityczna? Niechciane wiadomości?
Smith powiedział, że rząd nadal musi zająć się zagranicznym piractwem. Przyznał, że pierwszy projekt zawierał błędy. Jednak zasadnicze napięcie pozostaje. Jak chronić własność intelektualną w świecie bez granic, nie niszcząc narzędzi, dzięki którym działa Internet?
Projekt ustawy został odłożony na półkę. Na razie. Ale technologia się nie zmieniła. Piraci nie przestawali. Branże nadal tracą pieniądze, a przynajmniej tak im się wydaje. Pytanie, jak je powstrzymać, nie zamieniając sieci w otoczony murem ogród, pozostaje bez odpowiedzi.
Prawo wymaga od dostawców usług internetowych blokowania dostępu do nazwy domeny witryny naruszającej prawa. Oznacza to, że jeśli jesteś w Stanach Zjednoczonych i spróbujesz odwiedzić zablokowaną witrynę, otrzymasz komunikat o błędzie lub zostaniesz przekierowany na inną stronę.
To jest istota sporu. Nie chodzi tu o bezpośrednie powstrzymanie pirata. Chodzi o to, żeby uniemożliwić Ci dotarcie do nich. Chodzi o wykorzystanie władzy krajowych pośredników w celu egzekwowania polityki zagranicznej. Chodzi o prędkość. Pięć dni na odcięcie strony. Żadnych długich prób. Brak procedury odwoławczej wbudowanej w natychmiastowe działanie. Tylko rozkaz i zamknięcie.
Stowarzyszenie Motion Picture Association of America broniło ustawy. Twierdzili, że piractwo kosztuje ich miliardy dolarów. Argumentowali, że obecne przepisy są nieskuteczne wobec zagranicznych gospodarzy. Wskazali na łatwość kopiowania i rozpowszechniania treści cyfrowych. Jedno kliknięcie. Załadunek. I zniknęło.
Krytycy zareagowali, ryzykując cenzurą. Wskazali na możliwość nadużyć. Argumentowali, że można rozciągnąć definicję „naruszenia”. Martwili się ochładzającym wpływem na innowacje. Startupy mogą bać się tworzenia nowych usług, jeśli ryzykują niesłuszne zablokowanie.
Debata miała charakter nie tylko prawniczy. Byli kulturalni. Zastanawiali się, jakiego Internetu chcemy. Taki, w którym treść jest ściśle kontrolowana przez właścicieli praw autorskich? A może taki, do którego dostęp jest otwarty, nawet jeśli oznacza to, że niektóre treści są dostępne za darmo?
Smith wycofał projekt ustawy. Nie wycofał się jednak z tej kwestii. Zagraniczne strony nadal istnieją. Nadal publikują pirackie treści. Nadal ich celem są użytkownicy amerykańscy. Infrastruktura, którą próbował zamknąć, nadal działa. Pytanie brzmi, co będzie dalej. Kolejny rachunek? Inne podejście? A może po prostu większe rozczarowanie?
Internet to brudne miejsce. Nie szanuje granic. Nie szanuje prawa. To po prostu płynie. Każda próba zablokowania (zablokowania/opóźnienia) tego przepływu powoduje powstanie nowego rodzaju ciśnienia. SOPA była taką próbą. Nie udało jej się. Ale presja pozostaje. I znów będzie rosnąć.
Ramy prawne SOPA zapewniały więcej niż jedną ścieżkę egzekwowania prawa. Stworzyła system dwupoziomowy. Jedna ze ścieżek wymagała od prokuratora generalnego uzyskania nakazu sądu. Inny opierał się na presji rynkowej, całkowicie pomijając Departament Sprawiedliwości (DOJ).
Droga rządowa jest agresywna. Prokurator Generalny domaga się nakazów przeciwko dostawcom usług internetowych (ISP), wyszukiwarkom, sieciom płatniczym i usługom reklamowym. Po doręczeniu firmom tym przysługuje pięć dni na dostosowanie się. Jest to bardzo krótki okres czasu.
Ale co, jeśli nie możesz złożyć wniosku za pośrednictwem Departamentu Sprawiedliwości? Co się stanie, jeśli Twoje prawa zostaną naruszone przez witrynę hostowaną w Europie Wschodniej? Ustawa DMCA nie ma zastosowania do takich jurysdykcji. Zatem przyjmujesz podejście rynkowe.
Ścieżka pisemna prokuratora generalnego
Załóżmy, że prowadzisz duże studio filmowe. Twój najnowszy hit wycieka do sieci przed oficjalną premierą. Hosting zlokalizowany jest za granicą. DMCA nie ma tutaj żadnego zastosowania. Odnosi się Pan do przepisu SOPA dotyczącego Prokuratora Generalnego.
Piszesz list. Wysyłasz go do dostawcy sieci płatniczej lub usługi reklamowej online. To nie jest zwykły e-mail. To jest dokument prawny. Musi zawierać konkretne dowody:
- Identyfikacja witryny lub subdomeny naruszającej zasady.
- Dowód, że głównym celem witryny jest nielegalna dystrybucja.
- Dowód na to, że witryna koncentruje się na Stanach Zjednoczonych.
- Dowód na to, że witryna aktywnie rozpowszechnia Twoją własność intelektualną bez pozwolenia.
- Dokumentacja wykazująca, że taka dystrybucja powoduje „natychmiastową i nieodwracalną szkodę”.
- Dowód na to, że firma płatnicza lub reklamowa współpracuje z podmiotem naruszającym zasady.
- Oświadczenie o prawdziwości wszystkich podanych informacji.
- Dane kontaktowe właściciela praw.
- Twój podpis fizyczny lub elektroniczny.
Po otrzymaniu dokumentu usługodawca ma obowiązek zaprzestać jego obsługi w ciągu pięciu dni. Żadnych przesłuchań. Żadnej debaty. Tylko zgodność.
Kto popiera projekt ustawy
Wsparcie dla SOPA było nierównomiernie rozłożone. Amerykańskie Stowarzyszenie Filmowe (MPAA) i Amerykańskie Stowarzyszenie Przemysłu Nagrań (RIAA) gorąco wspierają tę decyzję. Reprezentują one dochodowe branże, które są bezpośrednio zainteresowane wyeliminowaniem piractwa.
Ustawę popiera także Amerykańska Izba Handlowa. Wbrew nazwie nie jest to agencja rządowa. To grupa lobbująca na rzecz biznesu. Ma głębokie kieszenie i wpływy polityczne.
Branża farmaceutyczna również stoi po stronie prawa. Akcja skierowana jest przeciwko witrynom oferującym podrabiane leki lub „samoistnie niebezpieczne towary lub usługi”. Co ciekawe, prawo nie określa, kto decyduje, czy produkt jest z natury niebezpieczny. Ta dwuznaczność wzbudziła niepokój.
Go Daddy, dostawca usług hostingowych, trafił na pierwsze strony gazet pod koniec 2011 roku. Wiadomość firmy wywołała na Twitterze trend „bojkotu Go Daddy”. Później wycofali swoje poparcie społeczne, choć w dalszym ciągu krążyły pogłoski, że pozostali prywatnymi zwolennikami SOPA.
Opór branży technologicznej
Po drugiej stronie są Google, Facebook, eBay i PayPal. SOPA może mieć bezpośredni wpływ na wiele z tych firm. Eksperci ds. technologii twierdzą, że ustawa wyrządza więcej szkody niż pożytku. To nie powstrzyma piractwa. Vainton Cerf, jeden z „ojców Internetu”, napisał nawet do Lamara Smitha, wyrażając swoje obawy.
Pieniądze również odgrywają tutaj rolę. MapLight, który śledzi finansowanie polityki, podał, że darczyńcy SOPA otrzymali prawie 2 miliony dolarów od przemysłu rozrywkowego. To czterokrotność wkładu firm technologicznych.
Problem należytego procesu
Krytycy wskazują na śliskie nachylenie. SOPA nie zapewnia należytego procesu. W miejscu oskarżonego nie ma rozprawy sądowej. Większość działań jest skierowana przeciwko stronom internetowym, które zawierają linki do sprawcy lub go wspierają. Jednak dostawcy usług internetowych, wyszukiwarki i sieci reklamowe nie są właścicielami treści. Zapewniają jedynie do niego dostęp.
Wyobraź sobie, że używasz wyszukiwarki takiej jak Google. Otrzymujesz tysiące nakazów sądowych nakazujących usunięcie linków. Jak sprawdzić, czy dany link narusza prawa własności intelektualnej? Nie jesteś właścicielem treści. Musiałbyś przeprowadzić audyt usług stron trzecich. To zajmuje dużo czasu. To ryzykowne.
Możesz więc po prostu przesłać. Aby uniknąć problemów. Prowadzi to do cenzury. Ciężar spada na mediatora. Staje się performerem. Żadnych przesłuchań. Brak ochrony. Waga przechyla się mocno przeciwko należytemu procesowi.
Czy taki poziom władzy ma sens w przypadku prywatnego obywatela?
WikiLeaks stanowi specyficzną lukę w projekcie SOPA. Witryna zawiera poufne dokumenty rządowe i korporacyjne, co czyni ją głównym celem działań lobbingowych. Jej serwery działają jednak poza jurysdykcją Stanów Zjednoczonych, co usuwa je spod bezpośredniego wpływu amerykańskich sądów. SOPA nie mogła przejąć tej witryny. Zamiast tego wywarłoby to presję na przedsiębiorstwa, aby ograniczyły dostęp i pośrednio odmówiły wsparcia. Tworzy to efekt chłodzenia. Zmusza dostawców usług do wyboru pomiędzy przestrzeganiem prawa a obsługą użytkowników ceniących sobie swobodny dostęp do informacji.
Następnie istnieje techniczna rzeczywistość bezpieczeństwa. Agencje spędziły lata na opracowywaniu rozszerzeń zabezpieczeń systemu nazw domen (DNSSEC). Cel jest prosty: sprawić, by ruch internetowy był autentyczny i spójny. DNSSEC zapewnia uwierzytelnianie pochodzenia i integralność danych. Uniemożliwia hakerom fałszowanie odpowiedzi DNS. Jednak wymóg SOPA, aby dostawcy usług internetowych blokowali domeny, łamie ten system. Nie można jednocześnie chronić domeny i ją blokować. Te dwie funkcje wzajemnie się wykluczają. Wdrożenie SOPA oznacza wyłączenie DNSSEC. Podważa to całą infrastrukturę bezpieczeństwa budowaną przez dziesięciolecia.
Czy SOPA naprawdę może powstrzymać piractwo?
Najbardziej szkodliwą krytyką projektu ustawy jest to, że nie powstrzymuje ona obstrukcji. Celem przepisów jest pośrednictwo, a nie przepływ danych. Gdy członkowie Izby debatowali nad ustawą w grudniu, w Internecie pojawił się środek zaradczy. Użytkownicy przeglądarki Firefox mogli zainstalować rozszerzenie DeSOPA. To rozszerzenie omija zablokowane domeny, kontaktując się z zagranicznymi serwerami DNS. Ponieważ serwery te nie znajdują się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, domeny pozostają aktywne. Blokada staje się przepuszczalna.
Nawet bez rozszerzeń przeglądarki Internet ma opcje awaryjne. Każda strona internetowa ma adres IP. Są to etykiety numeryczne, takie jak 192.0.2.1. Nie używasz ich, ponieważ ludzie mają trudności z zapamiętywaniem liczb. Dlatego właśnie istnieje system nazw domen. Konwertuje przyjazne nazwy na te liczby. Jeśli jednak SOPA zablokuje nazwy, numery pozostaną dostępne. Użytkownicy znający adres IP nadal mogą uzyskać dostęp do witryny. Oczekuje się wzrostu liczby witryn internetowych poświęconych wykazowi tych adresów IP. Dzięki temu wygoda techniczna staje się grą w kotka i myszkę.
Zwrot polityczny
Publiczne oburzenie zmieniło trajektorię ustawy. Debata trwała od grudnia do stycznia 2012 r. Członkowie Kongresu znaleźli się pod silną presją. Proponowali zmiany i poprawki. Społeczeństwo nie chciało cenzury. Nie chciała narażać bezpieczeństwa Internetu.
W dniu 13 stycznia 2012 r. Przedstawiciel Lamar Smith usunął kluczowe postanowienie. Zniosła wymóg blokowania nazw domen przez dostawców usług internetowych. Było to znaczące ustępstwo. Administracja Obamy odpowiedziała następnego dnia. Oświadczenie było jasne. Prezydent Obama nie poprze ustawodawstwa cenzurującego niewinnych ludzi. Odmówił także poparcia jakichkolwiek przepisów podważających bezpieczeństwo Internetu. Połączenie technicznej niemożliwości i presji politycznej osłabiło dynamikę projektu ustawy.
SOPA została skutecznie wstrzymana 18 stycznia 2012 r. Ustawa została wycofana. Przynajmniej tymczasowo. Pozostaje pytanie, czy USA przyjmą podobne prawo w przyszłości. System prawny i infrastruktura internetowa są złożone. Nie poddają się prostym rozwiązaniom. Debata o cenzurze i bezpieczeństwie się nie skończyła. Są po prostu zawieszeni.
































